1998
NOC W GÓRACH - opowiadanie
(Polska)

Dookoła panowała cisza. Noc otuliła swą czarną szatą świat. Jej płaszcz wyhaftowany był skrzącymi się gwiazdami, a pośrodku królował piękny, okrągły księżyc. Stałam na przełęczy. Patrzyłam na wyniosłe szczyty. Świnica przepełniała mnie lękiem. Wzniosła, dumna, czarna góra, patrząc na nią, czułam jej moc. Wiedziałam, że to ona dyktuje zasady i że ja jestem na jej rozkazy. Przejęta, oderwałam wzrok. Obróciłam się i moim oczom ukazał się Kościelec. Natychmiast skojarzyłam sobie legendę o bożku, który mieszkał na dnie Czarnego Stawu. Gdy ludzie wskakiwali do wody, bożek topił ich ciała, zjadał to, co się nadawało do konsumpcji, a resztę wyrzucał za siebie. Przez miliony lat pagórek z kości powiększał się, aż w końcu został nazwany przez ludzi "Kościelcem". Przez moje plecy przebiegły dreszcze, w głowie zaświtała straszna myśl: "jeśli nadal bożek żyje i wyrzuca od czasu do czasu jakieś kości?". Szybko odwróciłam wzrok. Spojrzałam na karimatę i śpiwór, leżące pod występem skalnym. Po raz pierwszy pożałowałam, że zgodziłam się na ten zakład. Hans pewnie leży sobie w namiocie i czyta książkę przy świeczce albo gra na gitarze. A ja? Stoję, trzęsąc się ze strachu pod Świnicą i zastanawiam się, czy szczęśliwie przeżyję tę noc. Po chwili opanowałam się. Odeszłam do plecaka, wyjęłam maszynkę, menażki, żywność i świeczki. Pomagając sobie latarką, zapaliłam świeczki. Od razu poczułam się lepiej. Zagotowałam wodę, zrobiłam sobie zupę i kanapki, potem przygotowałam herbatę. Weszłam do śpiwora, założyłam słuchawki na uszy i przeniosłam się w inny świat. W pewnym momencie poczułam dziwną woń. Dziwną, ponieważ nikt o północy nie rozpala ogniska wysoko w górach. Po jakiś pięciu minutach do moich uszu dobiegł tajemniczy szelest. Zadrżałam. Nie zdążyłam poszukać po omacku żadnej broni, ponieważ moja ręka została przygnieciona do podłoża. Mimo panicznego strachu czułam, jak drobne odłamki skalne wbijają się w moją dłoń. Chciałam krzyczeć, ale z moich ust nie wydobył się nawet szept. I nagle... Nagle moje oczy ujrzały staruszka. Miał miłą twarz. Jego policzki pokryte były zmarszczkami, siwa broda przekroczyła już przyzwoitą długość. Włosy opadały mu na ramiona, a czoło zdobiła opaska. Kiedy zaczął mówić, zobaczyłam, że jego uzębienie ma poważne braki. Cienkie, zasuszone wargi wypowiedziały słowa powitania. Starzec przedstawił się jako Beneficjusz de Lorge. Mówił z obcym akcentem. Pytał co robię o tak późnej porze w górach i dlaczego chciałam go uderzyć. Po przeprosinach i wyjaśnieniach zaprosił mnie do swego ogniska. Jego obóz znajdował się niedaleko - może jakieś pięćset metrów po stronie słowackiej. Gdy usiedliśmy, poczęstował mnie słodkim, gorącym napojem i pieczystym z kozicy. A potem zaczął swoją opowieść. Siedziałam i patrzyłam na niego jak zaczarowana. Powoli odpływałam w przeszłość.
"Leokadia Konstancja de Lorge przyjechała ze swoim ojcem i matką na wakacje w Tatry. Któregoś pięknego i słonecznego dnia udali się na Kasprowy Wierch, a potem szczytami przez Świnicę i Zawrat do Doliny Pięciu Stawów. Niestety, w górach zaskoczył ich deszcz i burza, potem zeszły chmury i widoczność spadła do zera. Po około godzinie Beneficjusz usłyszał krzyk rozpaczy. Zapadła noc, mężczyzna nie mógł porozumieć się z żoną ani z córką. Znalazł sobie wygodne miejsce i spokojnie przeczekał noc. Świt zastał go śpiącego z głową opartą na mchu. Obudziła go poranna rosa i pierwsze promienie słońca. Nie mogąc nic zjeść, ani wypić zaczął poszukiwania córki i żony. Po kilkunastu minutach natrafił na stromy występ skalny, zbroczony krwią. W tym momencie przestał nad sobą panować. Z jego ust wydobył się krzyk rozpaczy. Zrozumiał, że poprzedniego dnia stracił dwie najważniejsze osoby w życiu."
Od tamtego dnia mieszkał w jaskiniach, grotach. Żywił się kozicami i innymi dzikimi zwierzętami. Do miasta schodził bardzo rzadko. Tak żył przez lata.
Kilka razy uratował przed śmiercią ludzi, którzy zabłądzili lub których zaskoczyła zła pogoda.
Po tej opowieści z jego ust zaczął wydobywać się monotonny, usypiający śpiew. Nie wiedziałam, kiedy usnęłam. Obudził mnie chłód i rosa. Po kilku sekundach przypomniał mi się wczorajszy wieczór. Zaczęłam rozglądać się na wszystkie strony. Pustka. Cisza.
Ale niedokładnie. Nad szczytami krążyły ptaki, spod występów skalnych wydobywały się parskania i świsty. Nie byłam sama. Oprócz mnie były dziesiątki zwierząt. Nie było cicho, każde z tych zwierząt wydawało jakieś dźwięki. W powietrzu czułam obecność Ducha Gór, tak nazwałam Beneficjusza de Lorge w myślach. Ale nigdzie go nie widziałam. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła piąta. O ósmej miałam być na campingu. Najadłam się i pobiegłam do obozu staruszka. Nikogo nie zastałam. Zaczęłam zastanawiać się, czy to, co się wczoraj stało, nie było tylko wytworem mojej wyobraźni. I nagle wśród skał coś zamigotało. Podbiegłam tam. Przyduszona do ziemi kamieniami leżała opaska Ducha Gór. Podniosłam ją. Wtedy moim oczom ukazało się coś jaszcze. Było to stare, pożółkłe zdjęcie rodziny de Lorge. Do zdjęcia przypięta była złota broszka w kształcie litery L i K. Wiedziałam, że była to broszka Leokadii Konstancji de Lorge. Głośno podziękowałam Duchowi. Mój głos odbił się echem od górskich ścian. Czułam, że ten niezwykły człowiek słyszał te podziękowania i wiedział jakie wrażenie zrobił na mnie ten podarunek.
Do Zakopanego wróciłam ze łzami w oczach. Hans po wysłuchaniu mojej opowieści zbladł, a potem stwierdził, że szkoda, iż to nie on nocował u góry.
Następnego wieczoru poszliśmy razem pod Świnicę, ale Duch Gór nie zaszczycił nas swoją obecnością. Około północy Hans wyjął gitarę i akompaniował mi, a ja śpiewałam pieśń usłyszaną poprzedniej nocy. Przez kilka dni próbowaliśmy odnaleźć Ducha Gór. Niestety, bez powodzenia.
W następnym roku media podały straszną wiadomość. Wysoko w górach znaleziono ciało dziwnego starca, nikt nie potrafi go zidentyfikować. Nie wiedziałam, że po moich policzkach spływają łzy do momentu, w którym spojrzałam na trzymany w ręce przedmiot. Była to fotografia rodziny de Lorge.
Mimo, że mam już prawie osiemdziesiąt lat, ta fotografia i stara opaska zajmują główne miejsce w moim pokoju.
Moje wnuki do dziś są pełne niewiary w tę opowieść. Czy słusznie? Odpowiedź na to pytanie zabiorę do grobu.

 

Gacia , Kaźmierz 1998