08.04.2002 - 11.04.2002
RUDAWY JANOWICKIE - Wycieczki Gaci i Kubusia
(Polska, Sudety, woj. dolnośląskie)
Jelenia Góra (nocleg w SSM "Bartek") - przejazd autobusem do Kowar Górnych - Przełęcz Kowarska - Czarnów ("Czartak") - Rędziny - Wielka Kopa - Kolorowe Jeziorka - Wieściszowice - Przełęcz Rędzińska - Czarnów (nocleg w "Czartaku") - Skalnik - Wołek - Skalne Bramy - Starościńskie Skały - Strużnica, SSM "Sokolik" (nocleg) - Rozdroże pod Jańską Górą - Zamek Bolczów - Janowice Wielkie

Opis szlaku
I dzień
Drogę zaczynamy od przystanku PKS w Kowarach Górnych. Podchodzimy na Przełęcz Kowarską (727 m. n.p.m.). Skręcamy na szlak żółty. Idziemy ładną ścieżką, nazywaną inaczej Czerwoną Drogą. Za sobą pozostawiamy Karkonosze, po lewej widzimy (przy dobrej widoczności, oczywiście) Kotlinę Jeleniogórską, a po prawej m.in. Wzgórza Bramy Lubawskiej oraz Góry Lisie. Po ok. 2 h dochodzimy do Rozdroża pod Bobrzakiem (734 m. n.p.m), tam wchodzimy na szlak niebieski, schodzimy nieco, następnie podchodzimy do schroniska Czartak. Ze schroniska szlakiem zielonym, wygodną drogą, schodzimy do wsi Rędziny. Przekraczamy szosę i w dalszym ciągu kierując się szlakiem zielonym, podchodzimy na Wielką Kopę. Podejście męczące, zwłaszcza w zlodowaciałym śniegu. Jest to zalesiona góra o kopulastym kształcie we wschodniej części Rudaw Janowickich. Na jej szczycie znajduje się punkt widokowy na Rudawy Janowickie, Góry Lisie, Kotlinę Kamiennogórską i Góry Wałbrzyskie. Schodzimy szlakiem zielonym (na krótkim odcinku dołącza do niego szlak żółty, odbijający potem w stronę Kamiennej Góry). Dochodzimy do ścieżki rowerowej, z którą łączy się szlak zielony. Docieramy do pierwszego z Kolorowych Jeziorek. Jest to "Zielony Stawek" - najmniejszy, położony nieco w lewo od szlaku, na terenie byłej kopalni "Gustaw" z 1796 r. Następnie schodzimy, zgodnie ze szlakiem ze ścieżki rowerowej, napotykamy Błękitne Jeziorko, dużo większe od poprzedniego i będące pozostałością po kopalni "Nowe Szczęście" z 1793 r. Przez cały czas kierujemy się szlakiem zielonym, dochodzimy do trzeciej starej kopalni znanej jako "Nadzieja" z 1785r. I już podziwiamy ostatnie z Kolorowych Jeziorek, a dokładniej "Purpurowe Jeziorko".
Schodzimy do Wieściszowic (cały czas szlakiem zielonym, jest to wygodna droga), przy przystanku PKS odbijamy w lewo.
Szosą i polnymi drogami dochodzimy do Przełęczy Rędzińskiej (723 m n.p.m.), a następnie do Rędzin.. Poruszamy się szosą aż do napotkania szlaku zielonego i tymże szlakiem wracamy do schroniska Czartak.
Powyższa trasa zajmuje ok. 7h, momentami męcząca ale atrakcyjna. Rejon Kolorowych Jeziorek w czasie sezonu jest miejscem bardzo popularnym.

II dzień
Z Czartaka wygodnie podchodzimy szlakiem niebieskim na najwyższy szczyt Rudaw Janowickich - Skalnik. Wznosi się on na zaszczytną wysokość 945 m n.p.m. Ma on dwa wierzchołki różniące się między sobą wysokością 10 m. Na szczytowej polanie, otoczonej skarlałym lasem, są dwie grupy granitowych skał. Jedna z nich pełni rolę punktu widokowego. Widać stamtąd Rudawy, garb Karkonoszy ze Śnieżką, Kotlinę Jeleniogórską, Góry i Pogórze Izerskie, Góry Kaczawskie, a częściowo również Wałbrzyskie i Kamienne. Przez cały czas idziemy szlakiem niebieskim, znanym jako "Droga Grzbietowa". Widzimy z niej kamieniołom dolomitu. Na Przełęczy Rudawskiej (739 m n.p.m.) napotykamy szlak żółty, który towarzyszy nam do Rozdroża pod Bielcem (779 m n.p.m.). Szlakiem niebieskim podchodzimy na Wołka (878 m n.p.m.). Jest to, pokryta lasem góra leżąca w masywie Dziczej Góry (891 m n.p.m.). Na jej szczycie znajduje się polana z zasadzoną kosówką. Schodząc, napotykamy ponownie szlak żółty, z którym rozstajemy się na Polanie Mniszkowskiej. Idąc szlakiem niebieskim, dochodzimy do Skalnej Bramy. Jest to sześć skałek mieszczących się na wschodnim zboczu Miedzianych Skał, nad starym kamieniołomem. Następnie widzimy Skalny Most i Piec. Skalny Most to grupa skał położonych na południowo - wschodnim zboczu Jańskiej Góry. Kompleks ten stworzony jest przez 20 - metrowe filary połączone ze sobą blokami skalnymi, tworzącymi naturalną kładkę. Piec jest granitowym blokiem skalnym, podobnie jak Skalny Most, usytuowanym na południowo - wschodnim zboczu Jańskiej Góry. Na jego wierzchołku znajduje się punkt widokowy na dolinę Janówki i Janowickie Garby. Następnie podchodzimy na Lwią Górę. Na jej wschodnim zboczu jest grupa malowniczych skałek, przypominających "Skalne Miasto". Są to tzw. "Starościńskie Skały". Ze znajdującego się na nich punktu widokowego widzimy Góry Sokole i dolinę Janówki. Niżej położony jest stary kamieniołom i dwa jeziorka. Schodzimy szlakiem niebieskim, w rejonie Strużnickich Skał (zachodnie zbocze Lwiej Góry) kierujemy się na szlak żółty, którym schodzimy do Strużnicy.
Dochodzimy do szosy, skręcamy w lewo i docieramy do schroniska "Sokolik".
Trasa ciekawa, zajmuje ok. 5,5 - 6 h.

III dzień
Ze schroniska w Strużnicy, szlakiem żółtym, podchodzimy do Strużnickich Skał. Skręcamy w lewo na szlak niebieski. Mijamy Fajkę. Jest to ponad 20 - metrowa granitowa skała, z opierającym się na jej szczycie osobnym blokiem skalnym (funkcjonuje on również pod nazwą Wiszący Kamień). Dochodzimy do Rozdroża pod Jańską Górą i skręcamy na szlak zielony, znany jako "Szlak Zamków Piastowskich". Docieramy nim do Zamku Bolczów. Ruiny zamku znajdują się nad urwiskiem północno - zachodniego krańca Grzbietu Zamkowego. Zamek został zbudowany w XIV w. przez rycerza Bolcza lub Albrechta Bawarskiego. Został kilkakrotnie spalony i w końcu popadł w ruinę. Przy jego budowie wspaniale wykorzystano naturalne ukształtowanie skał do architektury budowli. Ruiny otoczone są lasem liściastym i skałkami. Z ruin kierujemy się szlakiem zielonym do Janowic Wielkich na dworzec PKP.
Trasa wycieczki interesująca i krótka - 2 - 2,5 h.

Reportaż
Tym razem zdecydowaliśmy się na czterodniowy wyjazd, którego celem była wędrówka w paśmie Rudaw Janowickich.
8 kwietnia, tradycyjnie, wczesnym rankiem wyruszyliśmy z dworca PKP w Poznaniu. Naszym punktem docelowym była Jelenia Góra. Na szczęście nie było tłoku, więc podróż minęła nam przyjemnie. We Wrocławiu, korzystając z krótkiego postoju pociągu, Tatuś kupił na śniadanie przepyszną knyszę. Jest to "pyszne danie" bardzo podobne do międzynarodowego hamburgera. Zawiera wiele więcej surówek i podane jest w smaczniejszej bułce. Podaje się ją z widelcem - co ogranicza do minimum sposobność pobrudzenia się i znacznie ułatwia konsumpcję. Ja, niestety, słynę z brudzenia się - pomimo widelczyka spadło mi troszkę warzyw, no i spłynęła kapka sosu... ale przynajmniej zjadłam pyszne śniadanko!
Wreszcie dojechaliśmy do Jeleniej Góry. W moich wspomnieniach dworzec PKP nie był może fantastyczny, ale również nie tragiczny. Pamiętam bar, salon gier, ławki, kasy, kilka wewnętrznych sklepików, a przed budynkiem dworca stało zawsze kilka busów... Obecnie warunki się zmieniły. Budynek jest zaniedbany, bar i salon przestały istnieć - funkcjonuje tylko drogie, ubogie w asortyment, mikroskopijne bistro. Zostały sklepiki, dwa salony fryzjerskie i kasy. Co do busów - stały dwa z kierowcami chętnymi do pracy.
Wybiła 13.00, a my staliśmy sobie na dworcu i zastanawialiśmy się, co mamy robić. Bowiem jak powszechnie wiadomo, wspaniały regulamin schronisk PTSM głosi, że między godziną 10.00 a 17.00 obiekt jest nieczynny dla turystów. {Turysto pamiętaj! Jeśli przyjedziesz między 10.00 a 17.00 - radź sobie sam! (wraz ze swoim bagażem, oczywiście). Czy to śnieg, czy to deszcz, czy wiatr - jesteś sam...}
My zdecydowaliśmy się pospacerować po jeleniogórskim deptaku i rynku, zjeść obiad w znajomej restauracji, zakupić prowiant, a następnie podążyć w stronę schroniska.
Pogoda była dobra, świeciło słońce, ale nie było zbyt ciepło - ok. 10 stopni C, a my byliśmy w doskonałych nastrojach. W mieście trwały prace renowacyjne, budynki i ulice powoli odzyskują dawny splendor. Było pięknie.
Podczas naszego spaceru zakupiliśmy pocztówki (od razu je wysłałam!), czasopisma i długopis za złotówkę - czerwony z pokemonami i sznureczkiem - niestety od razu się popsuł.
W porze obiadowej, mniej więcej około 14.00, zawitaliśmy do restauracji "Relaks". Przywitało mnie to samo wnętrze, które zapamiętałam sprzed kilku lat. Sala utrzymana jest w odcieniach brązu i pomarańczy, kelnerzy ubrani w białe koszule, czerwone kamizelki i czarne spodnie, nad wejściem znajduje się kolorowy telewizor, a z wieży stereo dobiegają dźwięki muzyki rozrywkowej (moim skromnym zdaniem niezbyt pasujące do spokojnej konsumpcji)...
Po ogromnym, wspaniałym i sytym obiedzie poszliśmy na zakupy - jedzenia musiało wystarczyć na następne trzy dni. Przed schroniskiem byliśmy ok. 16.30, usiedliśmy sobie na ławeczce i podziwialiśmy parking. Nagle stał się cud! (no, może nie tak zupełnie) Pani, opiekująca się schroniskiem wpuściła nas wcześniej. (Nie myślcie sobie - to było przez zupełny przypadek!)
Schronisko "Bartek" jest schroniskiem pierwszej kategorii, z drogim noclegiem... Niestety, pokój, w którym spaliśmy to zupełna pomyłka. Mała klitka o wymiarach; 4 x 2,5 m, w której znajdowały się: dwa piętrowe łóżka, stoliczek pod oknem i jeden stołek. Najgorszy jednak był brud! Poduszki były obrzydliwe, wprost się kleiły z brudu, na dodatek były podarte. Ściany lata temu obito ohydną płytą pilśniową w kolorze dorodnego brązu z jaśniejszymi listewkami po bokach. Podłoga również nie napawała optymizmem. Natomiast sanitariaty i kuchnia prezentowały się dobrze. Co ciekawe, w kuchni znajdowała się nowa zmywarka do naczyń i kilka lodówek. W świetlicy rzucał się w oczy duży, nowy telewizor - jedynym problemem (jak się dowiedzieliśmy od innych gości) było to, że nie miał on podłączonej anteny i nie można z niego korzystać.
Oprócz nas w schronisku mieszkała grupka młodych ludzi oraz jakiś baaardzo nieśmiały (albo nietowarzyski) człowieczyna. Wyżej wspomniani młodzi ludzie, jak dla mnie, byli dziwni. Wszyscy w garniturach, z mocno nażelowanymi włosami, w białych koszulach, w świecących butach, średnio co 5 minut biegali do pani w recepcji z prośbą o udostępnienie żelazka. Jak się jednak okazało, najpierw jedno zgubili... Aby było przyjemniej przez cały czas słuchali muzyki, którą ochrzciłam jako klasyczne "łubudubu", ale jak to pewien człowiek zaśpiewał: "Dziwny jest ten świat..."
Ponieważ po podróży byliśmy zmęczeni, a następnego dnia czekał nas trudny dzień, położyliśmy się spać ok. 21.30. Po kilku minutach do moich uszu dotarł nieprzyjemny łomot - oto towarzystwo włączyło sobie muzyczkę do snu... Na szczęście, po interwencji pani ze schroniska wyłączyli sprzęcik. Zasnęliśmy... i nagle... ze snu wyrwały mnie okrzyki dobiegające z korytarza. Okazało się bowiem, że jeden z chłopaków, korzystając z nieobecności kierownika grupy, wyszedł w nocy do miasta. Niestety, w barze zobaczył go wspomniany kierownik ... chłopak uciekł i wskoczył do schroniska przez okno, a rozzłoszczony kierownik za nim. Na korytarzu dyskutowali o kulturze i wchodzeniu przez drzwi... Reszta nocy upłynęła bez zakłóceń.
9 kwietnia tzn. dnia następnego, o 8.00 byliśmy na dworcu PKP, gotowi do dalszej drogi. Po ok. godzinie byliśmy w Kowarach. Niestety Tatuś niezbyt dobrze pamiętał tę miejscowość i wysiedliśmy przystanek wcześniej, co w praktyce oznaczało kilkaset dodatkowych metrów do przejścia. Na szczęście przeżyliśmy. Szło się bardzo przyjemnie, pogoda dopisywała, Tatuś robił zdjęcia, podziwialiśmy widoki i tropiliśmy niedźwiedzia... Do "Czartaka" dotarliśmy stosunkowo wcześnie - około 12.00. Schronisko było bardzo sympatyczne, całe z ciemnego drewna i kolorowymi lampkami w środku. Pani mieszkająca w schronisku okazała się bardzo miła i uczynna. Kiedy zaczęła nas oprowadzać, Tata mruknął: "tak, tak" i poprosił o pokazanie pokoju. (Kubuś był już tam wcześniej, w roku 1979, na wycieczce studenckiej. Może kiedyś uda mi się go zmobilizować do zamieszczenia zdjęć na stronce - podobno działo się tam, oj działo - jak to bywa na wycieczkach studenckich...). Pokoik był śliczny. Pomalowany na biało, z dwoma wygodnymi łóżkami, czajnikiem bezprzewodowym, umywalką, lustrem, a także starymi fotelami, stoliczkiem i śliczną szafką, a także tajemniczymi drzwiczkami w ścianie. Zostawiliśmy tam bagaże, wzięliśmy jedzonko, herbatkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem była Kopa i Kolorowe Jeziorka. Idąc szlakiem mijaliśmy rozpadające się domy. Niektóre miejsca wyglądały na strasznie biedne i zaniedbane, ale kilka z nich było prześlicznych - wyglądały jak przeniesione z baśni.
Kopa jest okropną górą, lecz ciekawą.., można z niej podziwiać rozległe widoki, ale wejście na nią jest bardzo męczące. Zwłaszcza jeżeli trafi się na zlodowaciały śnieg... Na skale wieńczącej szczyt wyryta jest tajemnicza data: 1854r. Posiliwszy się, ruszyliśmy w stronę Kolorowych Jeziorek. Pierwszego z nich, Zielonego, nie mogliśmy znaleźć. Okazało się, że jest najmniejsze, położone trochę w bok od szlaku, na dodatek całkowicie przykryte śniegiem i starymi gałęziami. Nieco rozczarowani udaliśmy się na poszukiwanie kolejnego jeziorka, tym razem Błękitnego. Okazało się ono bardziej okazałe od swego poprzednika. Duże, miało śliczną niebiesko - zieloną barwę. Wszystko tam było pozostałością starej kopalni, gdzieniegdzie brzegi porosłe drzewami. Zrobiliśmy kilkanaście zdjęć, popodziwialiśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę - do Purpurowego Jeziorka. Zeszliśmy na kruche zbocze, przez moment było nieprzyjemnie - uświadomiliśmy sobie, że występ, na którym stoimy, w każdej chwili może się zapaść. Zdecydowaliśmy się wrócić na ścieżkę - nie było to jednak takie proste. Wszystko, czego się chwytaliśmy, zostawało nam w dłoniach. W końcu odnieśliśmy zwycięstwo i stanęliśmy na pewnym gruncie. Purpurowe Jeziorko było równie piękne jak Błękitne. Otoczone żółtymi skarpami, wydawało się niezwykłe. Długo byliśmy pod wrażeniem tego miejsca. Następnym przystankiem (zupełnie nieoczekiwanym) była wieś Wieściszowice. Przystanęliśmy, żeby Tatuś mógł zrobić zdjęcie starej chaty, która niestety była strasznie zaniedbana, a tu nagle zza płotu wybiegły dwie dziewczynki, z zapytaniem, czy zrobimy im zdjęcie? Chciałam dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji, ale się nie dało. W domku otwarło się okno, wyjrzała mama dziewczynek. Była bardzo zadowolona, że robimy fotkę jej chacie, a przy okazji jej samej. Dziewczynki odprowadziły nas do końca wsi. Kiedy kupiliśmy sobie "Kubusie", jedna z nich stała przed nami i dziwnie patrzyła. Było to bardzo krępujące i ucieszyłam się, kiedy opuściliśmy to miejsce. Droga powrotna strasznie się dłużyła. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale zadowoleni. Po powrocie do schroniska, pożyczyłam od pani miseczki do zupek i łyżki. Przygotowaliśmy pyszną kolację z zupek w paczce i chleba. W pokoju było cieplutko - kiedy nas nie było dołożono do pieca... Przez chwilę debatowaliśmy, czy gdzieś znajduje się łazienka z ciepłą wodą, ale doszliśmy do wniosku, że chyba nie. Wykończeni położyliśmy się spać. Spało się rewelacyjnie - nic nas nie budziło, było cichutko...
Następnego ranka, 10 kwietnia, byliśmy w pogodnych nastrojach. Ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i zeszliśmy na dół. Przy uiszczaniu opłaty Tatuś zapytał, czy przy dłuższym pobycie, istnieje możliwość umycia się. Pani, bardzo zdziwiona, stwierdziła, że na dole jest łazienka z ciepłą wodą...
W planach mieliśmy wejście na Skalnik, a potem przez Wołka i kompleksy skalne mieliśmy dojść do Strużnicy. Tam mieliśmy nocleg w SSM . Miałam prowadzić. Wszystko było dobrze, tylko nie skręciłam w odpowiednim miejscu. Szliśmy troszkę dłużej, ale za to odkryliśmy wspaniałe tereny. Na Skalniku było świetnie, powchodziliśmy na skałki i ruszyliśmy dalej. Szło się dobrze. Na jedzonko zatrzymaliśmy się w okolicach Wołka. Jedząc, podziwialiśmy wyniosłą grań Karkonoszy.
Z Wołka schodziło się bardzo dobrze. Z przyjemnością oglądaliśmy skałki, których na tym szlaku było wiele. Niestety, jak ogólnie wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Niebawem okazało się, że musimy podejść spory kawałek na Lwią Górę. Brrr... Było warto. Na jej szczycie znajduje się kompleks zwany Starościńskimi Skałami. W latach siedemdziesiątych w skałkach stał żeliwny posąg lwa - na szczęście, jakiś czas temu, w tajemniczych okolicznościach, zaginął. Niestety, zostały szczątki napisu: Mariannenfels, które zakłócają magiczną atmosferę tego miejsca. Na skałki wchodzi się bardzo przyjemnie, a z samej góry są przepiękne widoki. Poniżej skał znajduje się Pieklisko. Jest to miejsce o niezwykłym nastroju - można poszukać miejsca, gdzie pokazują się diabełki...- nam się udało.
Później, miło rozmawiając i wpadając po kostki w błoto, doszliśmy do schroniska "Sokolik" w Strużnicy. Przyjęto nas bardzo ciepło, pokazano kuchnię, jadalnię, łazienki i pokój. Było dobrze. Czysto, ciepło i przytulnie. Chociaż z łazienkami zaistniał pewien problem, w sumie dla nas zabawny, ale przy większej grupie może już być mniej wesoły. Stoję sobie pod prysznicem, namydlona, chcę się spłukać, a tu nagle woda przestaje lecieć z sitka. Poczułam się niemile zaskoczona. Zaczęłam nasłuchiwać. Z męskiej łazienki dobiegł mnie szum wody. Ponieważ z Tatą byliśmy jedynymi gośćmi, zawołałam, żeby wyłączył swoją wodę, bo moja nie chce lecieć. Okazało się, że miałam rację. Wyjaśnienie tego problemu było proste; tylko jedna osoba może korzystać z ciepłej wody! A teraz wyobraźcie sobie dwudziestoosobową grupę chcącą się umyć - to dopiero byłoby zabawne!
Po pysznej kolacyjce, złożonej z paczkowanych zupek i starego chleba, czyściutcy i zmęczeni, udaliśmy się na spoczynek. Niestety, ta noc nie była cicha, - co kilkanaście minut włączał się hydrofor, wyrywając nas ze snu...
Następnego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną. W drodze do Janowic chcieliśmy obejrzeć zamek Bolczów. Szło się znakomicie, do momentu, w którym okazało się, że zeszliśmy około kilometra za daleko i trzeba się cofnąć.( Znowu prowadziłam.) No, ale udało się - w końcu moim oczom ukazały się stare ruiny. Były niezwykłe, chociaż atmosferę romantyczności i tajemnicy psuła grupa, która była tam z nami. Dzieciaki hałasowały, biegały po wszystkim, co się dało, a opiekunki nie reagowały - tak to zwykle bywa z tymi okropnymi "stonkami". W Janowicach znaleźliśmy się bardzo szybko. Zwiedziliśmy bar dworcowy - mizerny asortyment, ale musiał nam wystarczyć. Dwie godziny, które pozostały do pociągu, dłużyły się okropnie. Zrobiliśmy zakupy, a ostatnie pół godziny umilała nam poznana wcześniej "stonka ziemniaczana". Na szczęście nie wracali z nami. Droga do domu wydała się krótka, prawie całą przespaliśmy. Teraz znowu myślimy: dokąd następnym razem?

Tekst i rysunki - Gacia
Foto - Kubuś