16.01.2005 - 18.01.2005
GÓRY KAMIENNE - Wycieczki Gaci i Kubusia
(Polska, Sudety, woj. dolnośląskie)
Głuszyca - Grzmiąca - Jeleniec Mały - Skalna Brama - Turzyna - Klin - schronisko Andrzejówka - Sokołowsko (nocleg) - Włostowa - Kostrzyna - Suchawa - Waligóra - schronisko Andrzejówka - Bukowiec - Sokołowsko (nocleg) - Unisław Śląski

Opis szlaku
I dzień
Ze stacji PKP w Głuszycy wyruszamy szlakiem zółtym. Szosą przechodzimy pod wiaduktem kolejowym. Wędrujemy przez malowniczą wioskę, noszącą nietypową nazwę: Grzmiąca. Mijamy zabytkowy, drewniany kościółek i kawałek wyżej odbijamy w prawo. Szlak poprowadzony jest w miarę łagodnie - wąska ścieżka wijąca się wśród lasu. Miejscami w prześwitach między drzewami moża nawet zobaczyć Wielką Sowę (najwyższy szczyt Gór Sowich). Spokojnie stajemy na Jeleńcu Małym. Napotykamy szlak czerwony, którym obchodzimy Rogowiec i docieramy do Skalnej Bramy. Znajduje się tam tablica informacyjna, zawierająca m.in. adresy gospodarstw agroturystycznych, nieosiągalnych np. w internecie. Do wrót Skalnej Bramy przytwierdzona jest tablica: "Tym co na zawsze odeszli i tym co przyjdą po nas." Przekraczamy bramę, obchodzimy Jeleniec i podchodzimy na Turzynę. Jest ona traktowana jako punkt widokowy. Rzeczywiście, przy dobrej pogodzie zobaczyć możemy: Rogowiec, Wielką Sowę, Chełmiec. Przechodzimy przez Klin i schodzimy na Przełęcz Trzech Dolin, do schroniska "Andrzejówka". Stamtąd zielonym szlakiem dochodzimy do Sokołowska. Poniżej przełęczy znajduje się miejsce biwakowe (drewniana wiata, miejsce na ognisko oraz podest do spania). Wycieczka ciekawa widokowo i krótka - ok. 4 h.

II dzień
Wychodząc z Sokołowska mijamy neoromański kościół, szpital z zimowym ogrodem oraz cerkiew. Dochodzimy do szlaku niebieskiego i podchodzimy na Włostową (901m.n.p.m.). Na szczycie znajduje się punkt widokowy, z którego widać: Karkonosze, okolice Wałbrzycha, Chełmiec i Sokołowsko. Podchodzimy na Kostrzynę (906 m.n.p.m), a następnie schodząc i podchodząc docieramy na Suchawę. Schodzimy z niej na Rozdroże pod Waligórą i żółtym szlakiem łagodnie podchodzimy na najwyższy szczyt Gór Kamiennych - Waligórę. Szczyt ten uhonorowany został prostokątnym blokiem z piaskowca z wyrytą wysokością i nazwą szczytu. Na Waligórze nie ma punktu widokowego - pełne zalesienie. Schodzimy stromym zboczem. Po 20 min. stoimy przed schroniskiem. Stamtąd kierujemy się szlakiem czerwonym w stronę Bukowca. Przechodzimy grzbietem i schodzimy do Sokołowska. Przy zejściu do miejscowości, wprost na szlaku znajdują się pozostałości starego cmentarza.
Wycieczka zaliczana do tzw. "szczytówek". W niektórych miejscach, przy dobrej pogodzie, obfituje w śliczne widoczki. Krótka - ok. 6 - 7h. Zimą proszę się przygotować na dodatkowe przeżycia np. długie kontrolowane zjazdy.

III dzień
Wychodzimy z Sokołowska szlakiem zielonym. Wygodną polną drogą dochodzimy do Unisławia Śląskiego. Krótki, wygodny spacerek ok.40min.

 

Reportaż
Wreszcie... Od ostatniego wyjazdu Gaci i Kubusia minęło ponad pół roku. Jako, że w ostatnich miesiącach brak mi czasu Kubuś zaplanował trasę i rezerwował noclegi - wiedziałam tylko, że jedziemy w Góry Kamienne. Początkowo mieliśmy spać w "Andrzejówce" ale poinformowano nas, że na jedną noc nie ma wolnego pokoju. Poza tym jak powszechnie wiadomo - "Andrzejówka" w sezonie zimowym oblegana jest przez narciarzy, a my jesteśmy turystami z plecakami...Skończyło się na odkryciu nowego noclegu w Sokołowsku. I zaczęło się...
...-"Janka, ty mi tu nie sroj!" - takimi oto słowami zostaliśmy przywitani na dworcu PKP w Poznaniu, ok. 3.45. Wspaniele rozpoczęty dzień, prawda? Z dużą dozą niepewności podeszliśmy do kasy (z której dobiergały nas fragmenty tej niezwykłej dyskusji) i Tato wyraził chęć zakupu biletu. Pani łaskawie raczyła się oderwać od rozmowy (po ok. 10 min) i po chwili konsternacji zakomunikowała, że interesujące nas połączenie nie istnieje. Po rozwiązaniu zaistniałego problemu udaliśmy się na peron. Przyjechał pociąg, usiedliśmy i wstaliśmy... Siedzieliśmy bowiem w nieodpowiednim wagonie, gdyż udzielono nam błędnej informacji - ale czy ktoś powiedział, że podróżowanie jest proste?
W Kłodzku musieliśmy się przesiąść na osobówkę. Stanęłam jak wmurowana, a później dostałam ataku śmiechu. Jeden mały wagonik z lokomotywą... niespotykany widok... Kubuś mając dwie minuty do odjazdu wyskoczył z pociągu i uwiecznił skład na fotografii...
Trasa była cudna - malutkie stacyjki, wiadukty, mosty, miasteczka zagubione wśród pagórków, śnieg mieniący się we wschodzącym słońcu, różowo - niebieskie niebo...
I po podróży. Pogoda rewelacyjna. Słońce świeci, bezchmurne niebo, prawie żadnego wiatru, lekki mrozik i cudownie przejrzyste powietrze.
Jako, że przed nami kawałek drogi i kilka górek, wolę oglądać świat bez ciągłego mrużenia oczu, co niemożliwe jest bez okularów słonecznych. Pamiętałam, że pakując plecak chowałam je. Zaczęłam poszukiwania poprzez wyrzucenie zawartości Salewki na przydworcowy krawężnik. Niestety, mój mózg wykonał jakąś nieprawidłową operację, gdyż okularów nie było w bagażu.
Pogodziwszy się ze złośliwością losu, ruszyliśmy przed siebie. Głuszyca, mieścinka przechodząca dalej w inną o poważnej nazwie - "Grzmiąca" okazała się miłym, lecz nieco dziwnym miejscem. Jedna główna ulica, drewniany kościół, niska zabudowa, firanki poruszające się w oknach, ciekawskie oczy i ujadające psy.
Przeszliśmy przez nią, wyjęliśmy kijki i Kubuś zadzwonił do Basika, co by go troszkę podenerwować...
Szlak okazał się ścieżką lub drogą zasypaną śniegiem. Pomimo dobrej pogody początkowo szło się nam dość trudno - efekt lenistwa i zbyt małej ilości ruchu. Jednakże po krótkim czasie przemogliśmy się i już było dobrze. Pod Rogowcem nadszedł czas na małe co nieco. I tutaj spotkała mnie przykra niespodzianka. Poprzedniego dnia, wracając z pracy kupiłam troszkę suszonego jedzonka - kabanoski, kiełbaska itp., specjalnie z myślą o naszym wyjeździe. Z pustym żołądkiem i miłą myślą o zawartości plecaka zanurzyłam weń rękę i ..... znowu nic! Zupełny i kompletny brak kabanosów! Tragedia!!! Na pocieszenie Kubuś wręczył mi Grzesia... ale te kabanoski...- zostały tylko smakowitym marzeniem. Pomimo śniegu i lodu pod nim zdecydowaliśmy się zrobić tzw. "szczytówkę", ale troszkę nam nie wyszło. Okazało się bowiem, że szlak, który wybraliśmy obchodzi Rogowiec i tyle zostało z pięknych widoczków i ruinek. Mogliśmy, oczywiście, cofnąć się, ale jakoś tak nam się nie chciało...Poza tym byliśmy na nim kilka lat temu. W radosnych nastrojach i dobrej formie dotarliśmy do "Andrzejówki". W sali jadalej prawie wszystkie stoliki zajęte były przez narciarzy w ciężkich, plastikowych butach, niektórzy mieli do nich letnie spodnie...ale przecież każdy nosi to, w czym mu wygodnie i ciepło, a nie to, co najmodniejsze w ostatnim sezonie...
Zamówiliśmy zupy, a ja w ramach słodkiej rozpusty skusiłam się na naleśnika z jagodami i bitą śmietaną. Zamiast oczekiwanego naleśnika dostałam jagodowego liliputka... A gdzie te pyszne naleśniki z Chatki Górzytów?...wielkości talerza...ach...
Posiliwszy się i troszkę zasiedziawszy, późnym popołudniem zdecydowaliśmy się zejść na nocleg do Sokołowska.
Poniemiecki były kurort, obecnie straszy pustkami i szarymi domami z odpadającym tynkiem. Tylko niektóre szczegóły świadczą o dawnej świetności tego miejsca.
Kamienne pomniki, mostki, malowidła na budynkach, oranżeria i opuszczone kino nucą starą melodię...
Kubuś zbytnio nie wiedział, gdzie i jak mamy spać - pamiętał tylko numer domu i fakt, że sala jest wieloosobowa. Jak się później okazało sala znajdowała się w starym kinie. Byliśmy sami, więc nie mieliśmy powodu do narzekań. Duże pomieszczenie, ciepło, łóżka z pościelą, w pełni wyposażony aneks kuchenny, łazienki z ciepłą wodą - nic nam więcej do szczęścia nie brakowało. Tak nam się przynajmniej wydawało. Wieczorem, kiedy leżeliśmy już w łóżkach, pod drzwiami zebrało się dość głośne towarzystwo. Na szczęście sklep otwarty jest tylko do 21, pogoda również nie sprzyjała, więc panowie rozeszli się dość szybko. Mogliśmy spać spokojnie.
Następnego dnia wyszliśmy dość wcześnie, ale nie o świcie. W doskonałych nastrojach ruszyliśmy w stronę gór. Po drodze zwiedziliśmy małą cerkiew i oczywiście, jak to bywa w takich miejscach, nie obyło się bez zakupu kilku pamiątek. Jednakże Kubuś kupił coś, co stało się zakupem roku. Mianowicie jest to prostokątna deseczka, do której przyklejono błyszczący wizerunek świętej Elizabety - założycielki cerkwi. Ta drobna przyjemność kosztowała go drobne 15 zł. (Basik dostał prawie palpitacji serca, następnie głośno zawył z niedowierzania, a później wybuchnął gromkim śmiechem i polały się łzy.)
I zaczęła się zimowa wyprawa. Ostre podejścia, strome zejścia, piekne widoki, mieniący się śnieg i ciepłe słoneczne promyki. Szło nam się fantastycznie, przestaliśmy liczyć, która górka jest którą i cieszyliśmy się otaczającym nas światem. Wynaleźliśmy nową drogę, przepiękną, ale obfitującą w pewne utrudnienia - np. drabinki, przez które musieliśmy przechodzić. Wejście na Waligórę nie było problemem, natomiast zejście... Było ciekawe... Ostatni odcinek przebyliśmy w kontrolowanym zjeździe na pupach. Przy tej okazji pękło pudełko taty do kanapek.. Krótki posiłek w schronisku i powrót do Sokołowska. Tyle, że inną drogą i wdrapując się na wielki kamieniołom. Patrząc w dół czułam się jak na dachu świata zbudowanego z klocków lego. Małe samochodziki jeżdżące w kółko, ludziki szybko się przemieszczające - zupełnie inny świat.
Zanim zeszliśmy do Sokołowska, zapadły ciemności. Ostatnie zejście w blasku czołówek zaowocowało odkryciem starego cmentarza. Na szczęście duchy spały i mogliśmy spokojnie wrócić do Sokołowska. Noc minęła bez zakłóceń.
Ostatniego dnia spakowaliśmy plecaki, posprzątaliśmy po sobie i poszliśmy odnieść klucze i uregulować płatności. I tu pojawił się mały problem. Pani opiekującej się obiektem nie było. Zostawiliśmy kartkę, że doślemy pieniążki, a klucze zostawiliśmy tradycyjnie pod wycieraczką. Przez pola doszliśmy do Unisławia Śląskiego. I tak zakończył się nasz kolejny wypad - tym razem obfitujący w zapominalstwo. Ciekawe jak będzie następnym razem?

Tekst - Gacia
Foto - Kubuś